Dziecko w mieście

wpis w: Domowa edukacja | 0

Jeszcze przez jakiś czas zmuszona jestem mieszkać z dziećmi w mieście, nawet na wakacje nie mogę ich zabrać.

W tym roku w naszym wiejskim domu trwają bardzo intensywne prace remontowe. Piotr jeździ tam co kilka dni, czasem sam, czasem z którymś z synów i robi co się da, by przystosować go do zamieszkania. Ostatnio rozebrał wszystkie podłogi, ocieplił i zaizolował od podłoża, wylał posadzki, teraz montuje solary do ogrzewania wody. Konieczność wykonania tych prac wyłączyła nasz dom z użytku na kilka miesięcy, więc nawet w wakacje nie mam się gdzie podziać z dziećmi. Spędzamy je w mieście i mam w związku z tym bardzo przykre refleksje.

Mieszkanie w mieście

Mieszkanie w mieście jest wygodne. Nie musisz rąbać drewna i nosić go wiadrami do domu, nie musisz rozpalać w piecu. Lato, czy zima, wieczór czy poranek – zawsze ciepło, zawsze sucho, ciepła woda w kranie, prąd nieprzerwanie w gniazdkach, internet znakomity, zasięgu nie urywa, buty czyste bo nie trzeba przedzierać się przez błoto. Sklepy pod nosem, zakupy przyjeżdżają do domu, basen, park, instytucje kultury – wszystko na wyciągnięcie ręki.

Mieszkanie w mieście jest koszmarne. Za każdy centymetr mieszkania płacisz jak za zboże, ciasnota, hałas, kurz, spaliny, wieczna bieganina. No i nie ma gdzie podziać się z dziećmi.

W zimie jakoś da się przeżyć. Kiedy spadnie świeży śnieg jest fajnie. Ciągamy dzieci na sankach, lepimy bałwany, bawimy się w śniegu foremkami do piasku. Kiedy jest chlapa po prostu spacerujemy, nóżkami, rowerkami lub wózkiem. Czasem dziewczynki biorą lalki w wózkach dla lalek. Idziemy gdzieś bez celu, a po godzinie wracamy, bo zimno. Plac zabaw odpada, bo wszystko zasypane, zabłocone albo zaśniedziałe.

Ale latem… latem można by bawić się na dworze całymi dniami. Gdyby było gdzie…

Miejskie “atrakcje”

Moje dzisiejsze refleksje nie wzięły się znikąd. Wczoraj do późna byłyśmy na dworze. Zabrałam dzieci do parku, ja pieszo one rowerkami. Siedząc na ławce obserwowałam jak bawią się w piasku. Lubię patrzeć na nie, zwłaszcza jak bawią się zgodnie. Ale nie potrafiłam się tym cieszyć. Moją uwagę rozpraszał zapach fekaliów (próbowałam nawet zlokalizować  źródło) i liczne butelki po alkoholach porzucone przy ławkach.

To takie frustrujące – przyprowadzać dzieci do meliny. Park jest ogólnodostępny, za dnia bawią się tu dzieci, wieczorami i nocami ma innych użytkowników.

Poszłyśmy na zjeżdżalnię, a potem dziewczynki jeździły po alejkach rowerkami. Wszędzie stosy tych butelek! Jakaś wyjątkowo wielka impreza tu była, czy tak się skumulowało (nie było nas tam przez dwa dni)?! Może po prostu zarządca terenu zaspał?

Ten widok tak mnie przygnębiał, że postanowiłam je stamtąd zabrać gdzieś dalej. Gdzie? Gdziekolwiek. Okazało się jednak, że jedna z dziewczynek najechała kołem na potłuczoną butelkę i złapała kapcia. Wróciłyśmy więc do domu, prowadząc rower. Było już późno, choć jeszcze nie ciemno. Większość dzieci była już w domu, ale po upalnym dniu takie wieczorne powietrze jest najprzyjemniejsze. Pozwoliłam dziewczynkom pobawić się jeszcze przed blokiem.

Trawnik przed blokiem

I to był błąd, bo niczego nie świadoma wpadłam w szpony gdaczącej sąsiadki. Jakieś dzieci wydeptały jej trawę pod balkonem, a przecież to ona ją posiała i podlewała. Jedni dbają, inni nie dbają, ale jakim prawem ktoś niszczy jej pracę? I że jej się nie mieści w głowie, że można tak nie pilnować dzieci (z doświadczenia wiem, że można, szczególnie gdy jest ich więcej iż jedno).

To, że ta sąsiadka kocha zieleń wiedziałam od zawsze. Z jej balkonu aż do ziemi zwisają rośliny, inne posadzone pod balkonem pną się po balustradzie aż do pierwszego piętra. Pod oknem rozrosły się jakieś rośliny o pokroju rozety. Ilekroć jakieś dziecko pobiegnie tam za piłką, sąsiadka stuka w szybę (pewnie nie ilekroć, ale wielokrotnie to widziałam). Trawa pod balkonem jest bujna i zielona, bo jest tam w ścianie ujęcie wody i rzeczywiście pani sąsiadka codziennie ją podlewa.

To nie był personalny atak. Pretensje nie były skierowane do mnie, nie moje dzieci biegały pod balkonem tej pani, ale strasznie przykro mi się zrobiło słuchając, że miejsce dzieci jest na placu zabaw.

Nadmienię tylko, że plac zabaw mamy wielkości kartki – mała piaskownica i niewielki domek z kładką i zjeżdżalnią. W dodatku regularnie spacerują tam koty.

Wstrętne dzieciory

dziecko w mieście

dziecko w mieście

Dzieci są okropne – śmieją się głośno, krzyczą, kopią piłkę, ganiają się. Generalnie – hałasują. Są też wścibskie, wszystkiego ciekawe, wszędzie chciałyby zajrzeć, wszędzie wleźć, wszystkiego dotknąć, a nawet polizać. Im dziecko młodsze, tym wstrętniejsze – usmarowane, zaślinione, zasmarkane. To może wkurzać, szczególnie gdy się dzieci nie ma. Dzieci naprawdę trudno lubić.

Co innego kot, czy pies – wiadomo. Zwierzę jest inteligentne, czyste, wierne i kocha bezinteresownie, więc nawet gdy podepcze trawę, czy nasra do piaskownicy, można mu wybaczyć.

Od dzieci jednak należy oczekiwać więcej. Powinny być cicho, nie zaglądać, nie ruszać, nie deptać. A właściwie ich miejsce jest w domu lub na wspomnianym placu zabaw wielkości kartki papieru. Taki rezerwat dla dzieci, miejsce gdzie mogą zachowywać się naturalnie. Tam mogą wrzeszczeć i biegać do woli (w kółko o promieniu 2m), tam mogą sobie deptać trawę i grzebać w piasku, który służy jednocześnie za kocią kuwetę.

Patrzę na te moje dzieci i jest mi niezmiernie przykro. Chcę już zabrać je na wieś, ale póki co nie mam gdzie się z nimi podziać. Upał przeczekujemy w naszej betonowej klitce, z której wychodzimy popołudniami działać na nerwy takim właśnie sąsiadom.

Patrzę na nie i próbuję zrozumieć sposób myślenia tych ludzi. Kochają przyrodę, dbają o zieleń, otaczają się zwierzętami, a nie znoszą ludzi. Tak. Ludzi. Bo dzieci to też ludzie. I z tych wstrętnych i hałaśliwych pędraków wyrastają mądrzy dorośli, wspaniali towarzysze rozmów, bezinteresowni pomocnicy…

Sąsiedzka refleksja na dobranoc

Myślę o tej mojej sąsiadce. Staram się zachować dystans, bo przecież nie zaatakowała mnie personalnie. Była wzburzona, chciała się wyżalić, wygadać. Trafiła na mnie. Co nadaje sens jej życiu? Czy ten owczarek Coli, kwiaty na balkonie i trawa pod balkonem? Jak spędzi starość? Kto dotrzyma jej towarzystwa? Kto z nią porozmawia? Kto podleje kwiaty, które tak kocha? Kto podwiezie do lekarza? Kto zrobi zakupy?

Dlaczego ludzie zamiast żyć blisko siebie, tworzyć relacje, wspierać się, rozumieć, inwestują swój czas, swoje zaangażowanie w tak nieistotne sprawy?

Dorośli ludzie, a rozumują jak dzieci. Myślą, że zwykłym rozsianiem trawy można wyłączyć teren spod wspólnej własności i zakazać innym wstępu.


Zostaw Komentarz