KLESZCZOPRECZ – mydło odstraszające (oby tylko kleszcze!)

wpis w: Naturalne kosmetyki | 0

To mydło powstało z nadmiaru. Robiąc macerat i tinkturę z wrotyczu, żywokostu i kocimiętki, jak zwykle rozpędziłam się z ilością. Część oczywiście wykorzystałam do moich preparatów na kleszcze czyli KLESZCZOGROMÓW (link), ale pozostało mi sporo maceratu olejowego – na doskonałym oleju ze słodkich migdałów, więc absolutnie nie do zmarnowania.

Postanowiłam więc zrobić kosmetyk uzupełniający moje repelenty – mydło zawierające ów wyciąg olejowy i dodatkowo olejek golteriowy, którego użyłam w jednym z Kleszczogromów, ale w niewielkiej ilości, a miałam ochotę sprawdzić jego potencjał. W mydle ten olejek daje poczucie aptecznej wręcz czystości. Przekonałam się do jego zapachu myjąc wcześniej ręce próbką testową i mam ostatnio jakąś obsesję na jego punkcie. Pisałam o nim przy okazji KLESZCZOGROMÓW oraz TU, i jeszcze nie raz napiszę.

ekstrakty ziołowe na kleszcze
Macerat i tinktura przeciw kleszczom
Mydło na kleszcze?! Ale… jak??!!

Tujon zawarty w maceracie będzie w mydle bezpieczny, bo to preparat, który nie pozostaje na skórze, lecz jest spłukiwany. W założeniu jednak, krótki kontakt ze skórą powinien pozostawić na niej odstraszający kleszcze zapach.

Nie, nie – nie chodzi o to by myć się mydłem przed wyjściem na łąkę czy do lasu. Zwykle robi się przecież odwrotnie. I tak zamierzam to mydło stosować – przecież po powrocie z terenu i tak trzeba się obejrzeć (przed tym obowiązkiem nie zwalnia żaden repelent), a oglądanie najlepiej wychodzi pod prysznicem.

Po przedostaniu się na ciało potencjalnego żywiciela kleszcze nie od razu wbijają się w skórę. Są na to za sprytne – szukają zacisznego kawałka miękkiej, cieplutkiej, pulsującej skóry, gdzie łatwo się wgryźć i gdzie mała szansa na ich wykrycie. Szczególnie lubią zgięcia pod kolanami, zgięcia łokci, okolice pach i pachwin, miejsca za uszami. Jeśli więc pomimo mojego kleszczogromowego zestawu, jakiś kleszcz na mnie wejdzie, wtedy z pewnością nie spodoba mu się prysznic z zastosowaniem mojego tujonowo-golteriowego mydełka.

Czasu miałam niewiele, bo wyjazd tuż-tuż, postanowiłam więc zrobić je metodą na gorąco, dzięki czemu właściwie od razu będzie gotowe do użytku. Poza tym – uwielbiam tę metodę! I to nie prawda, że mydła na gorąco są brzydkie! Sami się przekonajcie.

Receptura (na kilogram mydła)

olej palmowy 252g (40%)
olej kokosowy 126g (20%)
olej migdałowy (macerat z żywotnika, wrotyczu i kocimiętki) 126g (20%) – 94g od razu do gara, 32g jako przetłuszczenie po zmydleniu
olej rzepakowy 126g (20%)
odwar ziołowy (żywotnik, wrotycz i kocimiętka) 240g
NaOH 89,19g (dla przetłuszczenia 5%)
olejek golteriowy 9g
serwatka 70g
mleczan sodu 19g

Przygotowanie

Robienie odwaru na macerowanych wcześniej ziołach to dla mnie nie tylko możliwość wyciągnięcia mocy ziół do ostatniej kropelki, ale także sposób na odzyskanie cennego tłuszczu oblepiającego materiał, który w innym przypadku powędrowałby do kosza wraz odpadkami roślinnymi. O tym, jak zwykle to robię wspominam TU.

Tym razem jest nieco inaczej, bo użyłam tłuszczu płynnego. W takim przypadku dekantacja jest trudniejsza. Część tłuszczu można zebrać w wierzchu łyżką, ale całego się nie da. Łatwiej jest odessać fazę wodną (strzykawą, pipetą – trzymając końcówkę przy dnie naczynia). To skuteczniejsza metoda.

Mnie jednak nie chciało się robić tego starannie. Tak też czasem bywa. Zdjęłam co dało się zdjąć, na resztę machnęłam ręką – nadmiar oleju będzie po prostu dodatkowym przetłuszczeniem. Zwykle po dodaniu wodorotlenku do takiej wodno-tłuszczowej mieszaniny, tłuszcz od razu się zmydla tworząc na powierzchni jasny mydlany kożuch. Wlewam potem taki ług do przygotowanego tłuszczu i i ów kożuch po prostu rozmiksowuję.

Tym razem jednak było nieco inaczej. Ług na odwarze zachowywał się od początku bardzo dziwacznie – najpierw granulki wodorotlenku nie chciały się rozpuścić (zwykle temperatura rośnie tak szybko, ze rozpuszcza się po dwóch ruchach łyżką), zbrylały się. Kiedy się wreszcie rozpuściły, zostawiłam go w spokoju i zajęłam się przygotowaniem tłuszczów i formy. Przygotowawszy stanowisko pracy, wróciłam po ług, a w dzbanku zastałam… gluta! Glut w niczym nie przypominał mydlanego kożucha, wyglądał raczej jak gigantyczna kombucza.

Możliwe, że tak zadziałały zioła (na pewno nie wrotycz, bo jego już używałam), bądź też w ten sposób zmydlił się olej migdałowy, którego przecież całkiem sporo pozostało w odwarze. Zmiksowałam ług, a uzyskawszy jednolity kisiel, wlałam go do tłuszczów. Tłuszcze błyskawicznie zgęstniały, nie musiałam długo grzać, saponifikacja przebiegła szybko. I całe szczęście, bo zapach grzanego żywotnika był tak ostry, tak intensywny, że aż świdrował w nosie.

Po zmydleniu dodałam jeszcze mleczan, część maceratu na oleju migdałowym, olejek golteriowy, serwatkę, a do części masy także odrobinę bieli tytanowej. Całość przelałam do formy i po kilku godzinach pokroiłam.

preparat na kleszcze
Mydło golteriowo-ziołowe, czyli odkażająco-odstraszające

Zostaw Komentarz