Parietyna – naturalny barwnik w mydle, czyli mydło rabarbarowe

wpis w: Naturalne kosmetyki | 0

Korzeń rzewienia (czyli swojskiego rabarbaru) zawiera naturalny barwnik doskonale nadający się do barwienia mydła – w zależności od stężenia barwi na różne odcienie czerwieni – od różu po bordo. Miałam wielką ochotę spróbować, a właśnie nadarzyła się znakomita okazja. Zamówiliśmy 20 ton piachu, transport miał być lada moment i Piotr rozglądał się za miejscem na jego złożenie. Wybór padł na stanowisko zajmowane dotąd przez jeden z naszych rozłożystych rabarbarów.

Prawdziwy kolor rabarbaru

Korzeń tak pozyskany nie zapowiadał jednak czerwonego koloru… Naprędce przygotowany napar także nie – był żółty! Podejrzewałam, że istnieją różne odmiany rabarbaru i ja mam akurat ten nieczerwony. Rzeczywiście, ogonki liściowe z mojej rośliny były zupełnie zielone, no, może leciutko się rumieniły miejscami. Różniły się bardzo od tego bordowo-czerwonego, który zwykle kupowałam do ciasta. Byłam rozczarowana. Możliwe też, że na kolor rabarbaru ma pH gleby lub poziom nasłonecznienia (nasz rósł przy północnej ścianie domu, od wschodu osłonięty lasem, więc słońce oglądał tylko podczas jego zachodów)…

napar z rzewienia
napar z korzenia rabarbaru

 

Mimo wszystko, postanowiłam spróbować. Korzeń pokroiłam, zasuszyłam i z tak przygotowanego surowca zrobiłam macerat na oleju palmowym. Kolor maceratu był kolejnym rozczarowaniem – sami widzicie, że do czerwieni mu daleko. Podobnie odwar z wymacerowanych resztek – bury, brązowy.

korzeń rzewienia (rabarbaru) w mydle - naturalny barwnik
Macerat i odwar z tego samego surowca

 

Zarówno macerat, jak i odwar wylądowały w lodówce. Przez kilka dni zastanawiałam się co z tym fantem zrobić, próbowałam wyobrazić sobie różne scenariusze, zaplanować różne warianty postępowania. Przewidując mydlaną klapę, czyli szaro-burego zwyklaka, zdecydowałam się zrobić mydło resztkowe – wiadomo, że nie wyrzucę takiej ilości tłuszczu, ale też nie muszę się za bardzo starać, ot, taki buras do domowego użytku. Niech ma chociaż kilka kolorowych plamek!

Postanowiłam wrzucić do niego resztki mydlanej plasteliny (soapdough), którą robiłam jeszcze w listopadzie i która posłużyła mi do zrobienia mydła Zachód Słońca oraz do ulepienia mydłoptaka. Masa przez długi czas była bardzo plastyczna, ale już stwardniała na tyle, że stała się właściwie bezużyteczna. Przypuszczam, że to z powodu niedbałego zapakowania, bo nie była szczelnie owinięta folią (widocznie bardzo się spieszyłam). Wyrzucić szkoda, kolory ładne – pokroiłam, oprószyłam szafirową miką, powinno wyglądać dobrze nawet w burym mydle.

mydlana plastelina soapdough
Kolorowe kawałki mydła

 

Masa plastomydłowa mimo, że straciła elastyczność wciąż bardzo intensywnie pachniała olejkiem eterycznym miętowym. Do kompletu przygotowałam jeszcze mieszankę lawendy i cytryny, niech buras przynajmniej pachnie przyjemnie.

Przygotowałam ług na odwarze i… osłupiałam – był buraczkowy, śliczny!

Przygotowanie mydła

A dalej było już tylko fajnie. Oleju nie topiłam – upał taki, że olej miał półpłynną konsystencję. Z ciekawości zmierzyłam jego temperaturę – 30*C. Przestudziłam ług (34*C), połączyłam, przelałam do formy – wszystko pięknie!

Krojenie po pięciu godzinach – już trochę za późno. Jeszcze wprawdzie dałam radę, ale miałam wrażenie, że kroję kamień. W kilku miejscach też mydło mi się nieco ukruszyło (jeśli macie krajalnicę strunową, to pewnie nie znacie tego problemu).

naturalny barwnik czyli korzeń rzewienia w mydle
Mydło rabarbarowe

 

Podsumowując – eksperyment uważam za bardzo udany, tym bardziej, że był to eksperyment podwójny, bo testowałam nie tylko barwnik z rzewienia, lecz także coraz wyższy udział tłuszczów stałych w recepturze. Jedynie, czego nie jestem pewna to ostateczne przetłuszczenie mojego mydła, a to dlatego, że nie znam źródła pochodzenia mojego oleju palmowego.

Tajemnica oleju palmowego

Olej palmowy kupuję spożywczy. Importer uznał za nieistotne wskazanie rodzaju surowca; spożywczo to pewnie nieistotne, w mydle jednak różnica jest kolosalna. Najbardziej podstawową różnicą jest liczba zmydlania. Ponieważ nie jestem pewna swojego oleju, dla bezpieczeństwa zakładam, że jest to olej z miąższu – ten rodzaj potrzebuje znacznie mniej wodorotlenku do zmydlenia. Ryzykuję co najwyżej większym przetłuszczeniem gotowego mydła.

Jeśli mam więc olej palmowy z miąższu i olej rzepakowy określany jako rapeseed to przetłuszczenie wynosi 2%. Jeśli to olej palmowy z pestek (kernel) i rzepak rapeseed to przetłuszczenie wynosi 18%. A jeśli mam olej palmowy kernel i rzepak określany jako canola to przetłuszczenie wynosi 19%.

Wkrótce zamierzam się pobawić i eksperymentalnie określić rodzaj stosowanego przeze mnie oleju.

A oto receptura:

80% olej palmowy i 20% olej rzepakowy (480g i 120g)
woda 163g (2:1)
NaOH 81,4g
Zapach 18g (olejki eteryczne lawenda i cytryna 1:1)
mleczan sodu 18g

I w tak przygotowanej masie zatapiam nieregularne kawałki wyschniętej mydlanej plasteliny obtoczonej uprzednio w szmaragdowej mice.

Rabarbarem w raka

Zasadniczo post ma dotyczyć mydła i jego naturalnego barwienia, ale przy okazji dowiedziałam się, że ów naturalny barwnik zawarty w korzeniu rabarbaru (w rzeczywistości pomarańczowy, a w zasadowym środowisku różowy do bordowego) nazywa się parietyna i jest… potencjalnym zabójcą komórek rakowych (poczytaj TU).

Badania trwają, warto śledzić ich postęp, choć z jedzeniem samego rabarbaru przesadzać nie wolno. W nadziemnych częściach rabarbaru parietyny – par excellence – jak na lekarstwo, za to mnóstwo kwasu szczawiowego, który w nadmiarze nie przysłuży się ani naszym kościom, ani nerkom.

To tyle ode mnie, a gdybyście chcieli poczytać o rabarbarze – jego gatunkach i właściwościach – skoczcie do Klaudyny Hebdy lub Jakuba Babickiego.


Zostaw Komentarz