Wymiana instalacji elektrycznej – lato 2016

wpis w: Męskim okiem | 0

Nie planowaliśmy wymiany instalacji elektrycznej w naszym wiejskim domu. Teoretycznie wszystko było z nią w porządku. Gniazdka i oświetlenie w każdym pomieszczeniu i wszystkie działające. O instalacji pomyślałem dopiero gdy planowałem użycie spawarki. No tak, a jakie tam jest właściwie zabezpieczenie? Spawarka potrzebuje dużo prądu. A jak wywali mi “korki”? Muszą ją dokładnie przejrzeć.

Pamiętacie scenę z serialu Alternatywy 4, w której jeden z mieszkańców wyjął poluzowaną klepkę z parkietu? Po chwili miał w pokoju stos klepek i wyjmował kolejne.

U nas było podobnie.

Stary licznik wisiał w korytarzu (na zdjęciu miejsce po demontażu) Nad nim bezpieczniki. Jeden na dom, drugi na pozostałe budynki. Trzeci nie podłączony. Wszystkie o wartości 25 A. W złączu na ścianie domu taka sama wartość. Niedobrze.

wymiana instalacji elektrycznej

Po pierwsze, nie ma absolutnie żadnej selektywności. Chodzi o to, że przy przeciążeniu powinna być rozłączona tylko część układu, po zadziałaniu “bezpiecznika” o najniższej wartości. A nie od razu brak zasilania w całym domu.

Po drugie, 25 A to o wiele za dużo i układ jest stale narażony na pracę pod zbyt dużym obciążeniem. Grzeją się zaciski, dużo większe ryzyko upalenia przewodu.

Łudzę się, że może wystarczy dobrać odpowiednie bezpieczniki, dodać tu czy tam nowy obwód. Zaglądam do puszek łączeniowych w ścianach i już nie mam żadnych wątpliwości.

Wszystko się sypie. Wysmażona izolacja, stare, przegrzane przewody. Nie ma czego reanimować. Nic nie da dołożenie obwodu. Wszystko jest do wymiany. Pozostawienie tego w takim stanie to proszenie się o pożar.

To była oryginalna instalacja z 1962 roku. Pojedyncze, aluminiowe przewody w rurkach Bergmana. Swoją drogą, jak na tamte czasy, bardzo porządnie wykonana. Rurki Bergmana zrobione były z cienkiej blachy i wyłożone wewnątrz warstwą izolacji, coś jakby papą albo grubym papierem nasączonym bitumem. Rozwiązanie niezwykle trwałe, ponoć bardzo bezpieczne. Ale kosztowne i pracochłonne w produkcji i montażu.

Przy okazji dowiedziałem się skąd te 25A zabezpieczenia w naszym domu. Otóż włączenie żelazka i czegokolwiek dodatkowego powodowało „wywalanie korka”. Więc pojawiły się mocniejsze. Którejś zimy dom był ogrzewany elektrycznie i wtedy konieczne stały się bezpieczniki 25 A.

Grzały się i piecyki i instalacja, szczególnie zaciski w puszkach i gniazdach.

Odwlekanie nic tu nie da. Decydujemy się na wymianę instalacji elektrycznej.

Najpierw formalności

Wymianę instalacji trzeba zgłosić do lokalnego zakładu energetycznego, Jak zgłoszę remont instalacji to muszę dostarczyć projekt. Czasami wystarcza rysunek na kartce, innym razem musi być rasowa dokumentacja. Tak i owak oznacza to dodatkowe, niemałe koszty. Za wszelką cenę chciałem tego uniknąć. Nie miałem czasu ani pieniędzy na wizyty ani gromadzenie dokumentów dla ZE.

Ale jakiś powód rozplombowania licznika musi być.

Wybrałem inną drogę. U nas licznik energii był “po staremu”, wewnątrz domu. Obecnie gdzie tylko możliwe ZE instalują liczniki na granicy działki lub na zewnętrznej ścianie budynku.

Zgłosiliśmy więc “przeniesienie licznika na zewnątrz”. Zleciliśmy zamontowanie skrzynki licznikowej, nowego przewodu zasilającego od słupa na posesję, Zakład Energetyczny założył urządzenie pomiarowe i nowe plomby. To co “za licznikiem” (czyli domowa, wewnętrzna instalacja elektryczna) ich nie interesuje, bo to sprawa właściciela. Na starcie miałem więc nową instalację w części za którą odpowiada “energetyka” zakończoną listwą zaciskową, czyli tzw. złącze. Do tej listwy podłączyłem swój WLZ czyli przewód pomiędzy złączem a moją domową rozdzielnicą.

Potem projekt

Dom jest niewielki ale chciałem mieć w miarę nowoczesną instalację, która posłuży kolejne “dziesiąt” lat. Musiałem uwzględnić, że obecnie w każdym domu jest znacznie więcej odbiorników energii niż 10 czy 20 lat temu. Jedno gniazdko w pokoju to o wiele za mało, nie chcieliśmy też wiecznie plączących się przedłużaczy, listew itp. Gniazdko na każdej ścianie w pokoju uznaliśmy na niezbędne minimum.

Wyszło mi 9 obwodów gniazdkowych, 4 oświetleniowe, odrębny na zasilanie pompy wody i jeden trójfazowy.

Projekt instalcji

W jakimś darmowym programie narysowałem plan pomieszczeń i na nim rozrysowałem obwody elektrycznej jakie chciałbym mieć. Zasilanie 3F, odrębne obwody najbardziej obciążone czyli kuchnia, odrębny dla przyszłej pralki. Pokoje podzielone tak, aby w przypadku awarii nie stracić zasilania w całym domu. Podobnie rozrysowałem odwody oświetleniowe.

Prace czas zacząć

Rozłączyłem starą instalację i zacząłem wypruwać ze ścian przewody. Za wszelką cenę chciałem uniknąć demolki. Jak najmniej kucia, gruzu, pyłu. Niestety. Remont remont miał polegać na położeniu nowej instalacji a nie tylko wymianie przewodów w dotychczasowych miejscach. Kupiłem w Lidlu bruzdownicę (nie miałem od kogo pożyczyć) i przystąpiłem do dzieła zniszczenia.

Narysowałem na ścianach miejsca, w których mają biec przewody i zacząłem krojenie.

Powyżej widok korytarza. Tu zbiegały się przewody starej instalacji w rurkach Bergmana. Usunąłem nie, niestety wraz z tynkiem. 

 

Tam gdzie nie trzeba było wyrywać starych przewodów (powyżej), bruzdy wychodziły bardzo estetycznie. 

 

 

Tam, gdzie była czysta ściana bez starych przewodów, bruzdy wychodziły ładne i równe, tam gdzie trafiałem na starą instalację, tynk odpadał płatami, ja wyrywałem stare przewody i, niestety rujnowałem ściany. Innego wyjścia nie ma.

Instalacja bezpuszkowa

Zdecydowałem się na instalację w wersji bezpuszkowej. Chodzi o to, że wszystkie połączenia elektryczne mamy w miejscu gniazdek i wyłączników oświetleniowych. Nie ma puszek rozdzielczych na ścianach pod sufitem. Taka instalacja jest bardziej estetyczna i chyba prostsza w diagnozowaniu usterek. Bo nigdzie nie ma ukrytych pod tynkiem puszek, wiadomo gdzie szukać. No i taka jest moda.

Dzisiaj chyba bym robił z puszkami rozdzielczymi. Widoczne na ścianach puszki zupełnie mi nie przeszkadzają. “Puszkowa” instalacja jest wg mnie wygodniejsza w montażu.

W “puszkowej” mamy zwykle jeden przewód schodzący z puszki np. do gniazdka. Tutaj mam minimum dwa, a czasem więcej. Upchać to w puszce, (stosowałem oryginalne złączki Wago) nawet tzw. głębokiej wcale nie jest proste dla kogoś, kto na co dzień nie montuje instalacji. Tym bardziej, że nie chciałem upychać siłowo. Zależało mi, żeby wszystko w puszce miało swoje miejsce.

Muszę w tym miejscu skończyć wątek bo nasycenie tekstu słowem “puszka” dawno przekroczyło granicę przyzwoitości. 

Oprzewodowanie

Miałem już wycięte i rozkute bruzdy (tak, tak, maksymalna szerokość w wielu miejscach okazała się za mała i aby pomieścić wszystkie przewody musiałem je poszerzać ręcznie), kilka taczek gruzu wywiezione, mogłem więc przystąpić do układania przewodów.

Wcześniej wizyta w hurtowni i zakup blisko 300 metrów przewodów. Dla obwodów oświetleniowych 1,5 mm2, dla gniazdkowych 2,5 mm2.

Zanim zaczęliśmy układanie (pomagał mi wujek) rozrysowałem sobie wszystkie ściany i układ przewodów na ścianach. Chciałem je tak prowadzić aby unikać (tam, gdzie było to możliwe) ich wzajemnego krzyżowania. Z wiązki przewodów pod sufitem najniżej prowadziłem ten, który jako pierwszy “zejdzie” na dół do gniazdka albo wyłącznika. To, co każdy instalator robi intuicyjnie (albo olewa, bo i tak nie będzie widać) ja musiałem sobie narysować.

Przy okazji wycinania bruzd, płatami zaczęła odchodzić gładź odsłaniając warstwy farby sprzed 50 lat. 

Samo układanie przewodów było już raczej czystą i przyjemną pracą. Oznaczałem je taśmą, na której markerem pisałem jaki to przewód, od którego obwodu. Obwody miałem ponumerowane. Po zatynkowaniu nie można już prześledzić całej trasy przewodu i znacznie trudnej wykonać właściwe połączenie.

 

W dwóch miejscach musiałem zastosować puszki łączeniowe. Jedna w łazience, bo tam zostawiłem kawałek starego obwodu, który biegł pod glazurą. Szczęście dla mnie, przed układaniem glazury ktoś ułożył nowe przewody miedziane. Szkoda, że zastosował nieco za małe przekroje. No ale trudno. Musiałem to połączyć pod sufitem.

Drugie miejsce to korytarz. Tu już ja zagęściłem przewody. W tym przypadku też powodem były płytki na ścianie werandy. Nie mogłem kuć, więc wszystkie przewody poszły po drugiej stronie ściany i zrobiło się gęsto. Jedna puszka łączeniowa rozwiązała problem. Na zdjęciu jest jeszcze na dole, obok puszki włącznika oświetlenia. Przeniosłem ją na górę.

 

 

Bez pomocy wujka nie wykonałbym tej pracy w założonym terminie. Wujek  zatynkował wszystkie przewody i osadził większość puszek. Ja zająłem się wykonaniem połączeń elektrycznych i przygotowaniami do “sznurowania” rozdzielnicy.

Przewody w ścianach

Rozdzielnica elektryczna

Zdecydowałem się na rozdzielnicę natynkową. Nie chciałem już rozkuwać ściany. Dziś żałuję bo w rozdzielnicach podtynkowych jest znacznie więcej miejsca na swobodne prowadzenie przewodów. Ja znów miałem ciasno.

W rozdzielnicy zasilanie poprowadziłem od góry, bo główny przewód tzw WLZ biegnie przez nieużytkowe poddasze.

Założyłem chiński ochronnik przepięciowy choć wiem, że nie ma prawa ochronić instalacji przy np. uderzeniu pioruna.

Wbrew temu co mówią sprzedawcy, żaden ochronnik tego typu nie zadziała więc kupiłem tańszy. Zastosowałem wyłącznik główny (właściwie – rozłącznik izolacyjne FR), lampki sygnalizujące obecność fazy z dodatkowymi wyłącznikami nadmiarowymi o małej wartości. Dałem wyłączniki różnicowoprądowe (RCD) na obwód trójfazowy i każdą fazę osobno. Wykorzystałem trzy ZUGi dla łatwiejszego połączenia (dzięki temu nie musiałem np. pod jeden zacisk dawać trzech przewodów).

Rozdzielnica elektryczna

 

Oczywiście wszystkiego tu nie widać  Przy budowie instalacji wykonałem rozdział PEN na PE i N i punkt rozdziału został uziemiony.

Po zmontowaniu całości nastąpiła próba generalna.

Wiedziałem co i jak robiłem. Wszystko działało i nadal działa jak należy. Nie musiałem poprawiać żadnego połączenia. Dzięki rysunkom i oznaczaniu przewodów nie było żadnych błędnych połączeń.

Podsumowanie 

Wiem, że gdybym pokazał tę instalację na forum dla elektryków, zostałaby (a ja wraz z nią) zalana falą krytyki. Taka specyfika internetu. Zawsze coś można zrobić inaczej (choć niekoniecznie będzie to lepsze) i zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że jego sposób jest znacznie lepszy.

No i są normy, na które zawsze można się powołać. Nie znam wszystkich i pewnie jakichś niezgodności można się w mojej pracy dopatrzeć. A wyznawcy norm też powinni pamiętać, że nie stanowią one prawa i ich treści specjaliści również dopatrują się czasem błędów. bo normy bazują na innych normach a czasem na tłumaczeniach z norm np. niemieckich czy angielskich). Można o tym poczytać m.in. u Edwarda Musiała.

Starałem się przestrzegać wszystkich współczesnych wytycznych. Zastosowałem RCD, wydzieliłem odrębne obwody na łazienkę i kuchnię (i powyżej 2 kW). Przeliczyłem spodziewane obciążenia i równomiernie obciążyłem fazy. Rozdzielnica, mimo, że na zewnątrz nieopisana, pod pokrywą ma ponumerowane wszystkie przewody. Bez problemu można odnaleźć przewód fazowy, neutralny i ochronny “należący” do jednego obwodu.

Trzeba też pamiętać, że to nie jest instalacja przemysłowa, nie zasila linii produkcyjnej. Takie instalacje, choć projektowane wg tych samych zasad (fizyka obowiązuje tak samo w mieszkaniu jak i w fabryce), wykonywane są w nieco inny sposób. Tu mamy prostą instalację w małym domku.

Dlaczego robiłem sam i czy warto

Dla mnie warto bo zaoszczędziłem dużo pieniędzy.

Jeśli chodzi o zlecenie wykonawstwa, zrobiłem wstępny “research” i powiem szczerze, nie było chętnych do takiej pracy. Do układania przewodów w nowo budowanym domu zawsze będzie kolejka, bo ściany są jeszcze bez tynku, miejsca w bród.

Ale do wycinania bruzd w hałasie i pyle chętnych już znacznie mniej, a jeśli są, żądają niemal zaporowych cen. W zasadzie drugie tyle co za montaż (muszę przyznać, że pracy faktycznie jest dwukrotnie więcej).

Robiąc wszystko samodzielnie nie muszę martwić się, że ktoś wykonał fuszerkę i ukrył ją pod tynkiem. Przewody układałem tak, że nie musiałem ich dobijać młotkiem, żeby nie wyłaziły i żeby był przynajmniej 1 cm miejsca na tynk.

Przed zakryciem przewodów wszystkie pomieszczenia zostały dokładnie sfotografowane. Choć trasy nie są kolizyjne, zawsze mogę sprawdzić na fotce, czy akurat w tym miejscu w ścianie nie ma przewodu.

Czego nie zrobiłem

Bardzo ważnej rzeczy, czyli pomiarów. Pomiary to jedyny obiektywny sposób na sprawdzenie poprawności wykonania instalacji elektrycznej.

Dlaczego nie zrobiłem? Nie mam odpowiednich przyrządów a zlecenie tej pracy kosztuje kilkaset złotych.

Pomiary są potrzebne i naprawdę warto je wykonywać. Mało kto robi je w prywatnych domach. To raczej domena budownictwa wielorodzinnego, spółdzielni, wspólnot mieszkaniowych, tam gdzie jeden przetarg, jedno zlecenie, wiele mieszkań i inne kwoty pieniędzy. Gdy zadzwoniłem zapytać o pomiary u mnie, dwóch odmówiło, trzeci był mocno zdziwiony. Pewnie w tej okolicy pierwszy raz ktoś o to zapytał.

Swoją drogą ciekaw jestem ilu zawodowych elektryków robi pomiary w swoich domach.

W końcu je zrobię, przynajmniej to, co jest związane z bezpieczeństwem: rezystancja uziemienia, impedancja pętli zwarcia czy zadziałanie RCD.

Jeśli chodzi o uziemienie, to mam podejrzenie, że rezystancję mam jednak za wysoką. Wbiłem 3 metrową stalową szpilę. Podłoże mam raczej piaskowe i stąd moje obawy, że to za mało. Ale na piachu i 30 metrów uziomu może być za mało. Wtedy trzeba wbijać kolejne szpile (w odległości nie mniejszej niż długość wbitego pręta) albo zakopywać rozwiniętą bednarkę. Im dłuższa tym lepiej. I mnie taka robota niebawem czeka.

Nie oznaczyłem aparatów w rozdzielnicy. Muszę to w końcu zrobić. Nie miałem dostępu do drukarki etykiet a nie chciałem bazgrolić markerem. Zrobiłem jedynie rozpiskę na papierze żeby wiedzieć, który wyłącznik odpowiada za daną część instalacji. Powinno być wszystko opisane, żeby każdy, żona czy dziecko wiedziało czym wyłączyć zasilanie na strychu czy w piwnicy.

Brak teletechniki.

Współczesne domowe instalacje elektryczne to nie tylko gniazdka i oświetlenie. To również zasilanie rolet, bramy wjazdowej, alarmy, domofony, sieć internetowa. Okablowując nowobudowany dom dokłada się setki metrów skrętki komputerowej czy niskonapięciowe sterowania tzw. automatyki domowej.

Świadomie z tego zrezygnowaliśmy. To wiejski dom. Z założenia wszystko w nim ma być jak najprostsze, żeby nie generowało potem kosztów przy serwisie i utrzymaniu. Nie potrzebuje sterowania. Mogę ruszyć tyłek i zaciągnąć rolety ręcznie. Nie potrzebuję najnowszych zdobyczy techniki, które często są jedynie po to, żeby je sprzedawać. Bo nie poprawiają jakości życia, albo nie na tyle, żeby płacić za to tyle forsy.

Nie będę gasił czy zapalał światła dotykając ekranu smartfona. Podejdę do łącznika i wcisnę paluchem. Nie będę na tymże smartfonie sterował temperaturą w pomieszczeniach itp. Umiałbym to zrobić ale uznaliśmy, że to zwykła fanaberia.

I tak za dużo w naszym życiu zależy od energii elektrycznej. Wystarczy ją wyłączyć na 3 dni i mamy armagedon.

Ile mi to zajęło i ile kosztowało

Na wszystkie prace poświęciłem dwa miesiące, czerwiec i lipiec. W rzeczywistości mniej, bo przyjeżdżałem na wieś tylko w weekendy, raz czy dwa posiłkując się urlopem w piątek czy poniedziałek. W sumie wyszłoby 18 – 20 dni pracy. To bardzo dużo czasu. Mam świadomość, że praktykujący elektromonter potrzebowałby maksymalnie tygodnia.

Ja jednak dużo czasu poświęciłem na kursowanie do hurtowni elektrycznej w pobliskim mieście. Choć miałem listę niezbędnych zakupów, zawsze, po powrocie do domu, okazywało się, że czegoś mi brakuje. Ten czas to również montaż, na gotowo, wszystkich gniazd i oświetlenia. Przy okazji skucie tynku na ścianach w kuchni (gładź). Tynkowanie bruzd, wstępne pomalowanie ścian. Całkiem sporo prac “nieelektrycznych”.

Teraz koszt. Nie robiłem dokładnego wyliczenia choć na wszystko mam faktury i ew. paragony. Plus minus na zakupy elektryczne wydałem ok. 4 tysięcy złotych. (Wymienione zostały także wszystkie gniazdka i włączniki oświetlenia)

Do zrobienia została jeszcze instalacja w budynkach gospodarczych. Tam nie planuję już kucia. Wszystkie przewody poprowadzę natynkowo, a gdy będzie ich więcej – w korytkach kablowych.

Na koniec ważny komunikat.

Z elektrycznością nie ma żartów. Choć  w naszym domu wyznajemy “farmerską” zasadę, żeby robić samemu, próbować naprawiać a nie zlecać, to z uwagi na bezpieczeństwo prace elektryczne warto powierzyć zawodowcom.

Podjąłem się tego zadania bo z elektrycznością miałem do czynienia od dawna. Mam też wymagane uprawnienia elektryczne niezbędne do montażu i napraw instalacji (SEP E do 1000V).

Wykorzystane tutaj zdjęcia robiłem głównie telefonem i stąd ich niska jakość. Pisząc relację nie miałem “pod ręką” zdjęć z dokumentacji, które są znacznie lepszej jakości.


Zostaw Komentarz